Dlaczego ja?



Trudno jest mówić o własnym powołaniu, ponieważ wówczas dotyka się własnej intymności, osobistej relacji Bóg- ja. Mam świadomość jednak konieczności mówienia i świadczenia o nim. Nie dlatego, żeby pokazać z czego musiałem zrezygnować, jaki to ja jestem odważny, jaki silny. Przecież mężczyzna, który chcę dziś założyć prawdziwą rodzinę, opartą na prawdziwych nie przemijających wartościach, musi zmagać się nie mniej ode mnie. Piszę to świadectwo, gdyż skoro taki człowiek jak ja - młody, nie wybitnie uzdolniony, z wioski, ze zwykłej rodziny - potrafiłem w tym świecie rozpoznać coś „dużo więcej” czyli Boga, to możesz i ty Go odnaleźć. Na swoje powołanie niczym nie zasłużyłem, ani nie wysłużył mi go nikt z moich bliskich. Jest to dar od Boga całkowicie za darmo. Tylko osoba, która prawdziwie kocha może dać coś drugiemu za darmo. Powołanie to tajemniczy głos we wnętrzu, którego słucha się przez milczenie. Ono nie wiąże się tylko z przyjemnością. Rozpoznanie go nie rozwiązuje wszystkich problemów, nie czyni mnie świętym, ale i tu odsłania się niezwykłość powołania, ono tworzy sens i szczęście mego życia. Często dostaje „w kość” w swoim powołaniu, wielokrotnie mówię - dość wystarczy, rezygnuje, nie dam rady - ale za moment czuje z kolei tak mocne przeświadczenie wewnętrznego spełnienia, że nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś innego.

Jak to się zaczęło. Kiedy szedłem niejako pod prąd swego życia, wówczas nie myślałem, a nawet nie chciałem zostać księdzem. Szukałem jakiegoś przeciwstawienia się, buntu przeciw temu światu, na jego niesprawiedliwość. Sądziłem też, że Kościół jest staroświecki i nie dla młodego człowieka. Uważałem, że przemówienia Jana Pawła II nie są kierowane do mnie. Bóg działał jednak, przyłączył się do mnie, chociaż podążałem w przeciwnym kierunku. Pragnął mnie najpierw zrozumieć, mój ból, moje rewolucyjne nastawienie, a potem zaczął wyjaśniać Pisma. Dziwnym trafem natknąłem się na Ewangelię Mateusza (5, 1- 12), na słynne osiem błogosławieństw. Wówczas pomyślałem, że nie ma większego oburzenia na ten świat, większego sprzeciwu wobec niego, i że żadna inna ideologia, subkultura mi tego nie da. Zacząłem więcej czytać Pismo Święte, interesować się Kościołem, wtedy też przemówił do mnie „nasz” papież, lecz inaczej, bo swoją postawą w cierpieniu i śmierci, wtedy Bóg postawił też na mojej drodze mądrych księży. Ja jednak nadal nie pragnąłem kapłaństwa. Aż pewnego razu przeczytałem w Ewangelii Świętego Jana tekst Jezusowego mandatum. Nie potrafiłem pojąc tej miłości. Bóg dokonuje czynności upokarzającej, obmywa uczniom nogi, staje się Sługą. Tak przecież nikt dziś nie robi, żaden mój idol, autorytet z kolorowych czasopism i filmów. Rozpoczęła się moja walka z Bogiem. Walczyłem długo z Nim, ja chciałem mieć rodzinę: kochającą żonę, dzieci, a Ty Boże? Toż to nieludzkie - mówiłem, aż ten fragment pokazał mi, że jest miłość większa, miłość doskonalsza, wyłączna, bez której nawet jeśli będę miał żonę, to nie będę do końca kochał, że bez miłości Boga miłość ludzka znudzi się, wypali, przemieni w niechęć, nie pokona czasu i przeciwności. To właśnie Chrystus przez mękę i śmierć rozerwał granice naszej miłości, wyswobodził z niemożności kochania do końca, teraz możemy kochać po niebo. Takie rozumienie miłości było dla mnie wezwaniem do kapłaństwa, ale może być dla każdego wezwaniem do podążenia za Jezusem.

Minęło już kilka lat od tamtego wyboru, i nadal chcę, choć wiem już lepiej czym jest moje powołanie, znam jego plusy i minusy, wiem czego ono ode mnie wymaga, dokąd mnie prowadzi. Wewnętrznie bardzo chcę, bo raz dotknąwszy miłości Boga nie mogę o niej zapomnieć, nie potrafię nie chcieć jej więcej.

Kleryk kursu V