Świadectwa uczestników

To, do czego jesteśmy powołani w tym życiu, służy realizacji Bożego planu. Mocne słowa, z którymi tak często się nie zgadzamy, szczególnie wtedy gdy plany Pana Boga nie koniecznie pokrywają się naszymi pragnieniami. Czasem słysząc o swoim powołaniu mamy wielkie plany, dążymy do upragnionego celu. W tym naszym ciągłym biegu zapominamy o planieBoga wobec nas - planie, który jest najlepszy z możliwych. Teraz wielu z Was czytając moje słowa pomyśli: „Czy Ty się w ogóle nie buntujesz?” Zdziwicie się. Buntuję się… każdego dnia po trochu. Im więcej się buntuję tym więcej otrzymuję. Im więcej się buntuję tym, więcej smsów wysyłam z… dobrą myślą do moich znajomych. Jestem przekonana, że Bóg doskonale wie, kogo postawić na mojej drodze życia. Są to wyjątkowe osoby, które zechciały zostać odbiorcami moich wiadomości tekstowych. A one tak same z siebie potrafią jednym SMS-em, wywrócić plan mojego dnia, do góry nogami i potrafią zaplanować niespodziewany wyjazd. Towarzyszą mi w mojej codzienności; a wystarczy niewiele: uśmiech, miłe słowo, trochę uwagi, czułości i wolnego czasu, czy wysłany SMS. I chociaż tyle radość w moich powyższych słowach to owszem są i chwile samotności, załamania, buntu, czasami płaczę, bo jest mi ciężko i źle. Mam wrażenie, że w takich chwilach Bóg chce mieć mnie dłużej przy sobie. Ruszając w kolejny długi dzień pojawia się nieustająca prośbą: „Bądź przy mnie, bo bez Ciebie źle”. Staram się nie poddawać tej beznadziei. Pragnę żyć dalej pomimo ciągłych trudności, przeciwności. Co jakiś czas zerkam na Jezusa żeby nabrać sił. Jesteś, jak dobrze że Jesteś. Wiem, że sama sobie nie poradzę. Radością jest możliwość wykonania samemu niewielkiej pracy. Ktoś powiedział kiedyś, że „każdy człowiek, ma na ziemi swój mały skrawek nieba”. I dla mnie Bóg przygotował taki mały skrawek nieba, gdzie spotykam ludzi, którzy potrafią się zatrzymać i zauważyć kogoś takiego jak ja, a najwięcej w Odolanowie, gdzie parafii św. Marcina od 1996 roku  po dzień dzisiejszy odbywają się wczaso-rekolekcje dla osób sprawnych inaczej. Dla nas, osób sprawnych inaczej to możliwość wyjazdu z domu, bo młodzi ludzie wtedy mają czas wolny, który dają nam po trosze w prezencie. To kontakt z ludźmi, ze światem, możliwość pójścia do kościoła, miejsca spotkania z Jezusem, miejsca zakochania się w Nim i doświadczenia Jego miłości. Szczerze to od 19-stu już lat nie wyobrażam sobie wakacyjnych dni (chociaż jako osoba niepełnosprawna wakacje mam przez cały rok) bez pobytu na wczaso-rekolekcjach. Każdy kto się tutaj zatrzyma na pewno potwierdzi słowa; „że nikt nie ma z nas, tego, co mamy razem” i to nawet przez cały rok kiedy naprawdę odczuwam obecność ludzi, którzy są ze mną nie tylko gdy są powody do radości, ale przede wszystkim, gdy smutek przeszywa me serce. Znajomości zawarte podczas tych wyjątkowych dni pozostają w sercu na całe życie. Właśnie w odolanowskiej „Ostoi”, poznałam wyjątkowego człowieka, którego Bóg w ostatnim czasie powołał do siebie.
Ś. P. Daniel, był człowiekiem sparaliżowanym, całkowicie zależnym od swoich opiekunów. W sumie z tamtego czasu zapamiętałam Go jako człowieka zamkniętego w sobie. Potem przez kilka lat nie miałam z Nim kontaktu. Gdy spotkaliśmy się ponownie przywitał się ze mną jak ze starym dobrym Przyjacielem. Znajomość budowała się od nowa, wspólne wyjazdy, przebywanie u wspólnych znajomych. Dobrze się czułam w Jego towarzystwie. U Daniela fascynowała mnie… pokora. Pamiętam jak podczas jednych  naszych wspólnych wyjazdów Daniel zawołał mnie swoim kiwnięciem ręki, krzycząc na całe gardło moje nazwisko i zadał mi pytanie: „Czy mogłabyś odmówić ze mną różaniec święty?”. Miałam akurat całkowicie inne plany i gdzieś tam w sercu pojawił się żal, jednak zgodziłam się. Doskonale pamiętam naszą modlitwę. Była ona inna niż moja osobista: spokojna, nieśpieszna, przepełniona wiarą, nadzieją i miłością. Dziś mam nadzieję, że w najtrudniejszych momentach życia będziesz mnie wspierał. Wierzę, że mam(y) cudownego Przyjaciela w Niebie. Mijają dni, tygodnie, miesiące, lata, a ja ciągle nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, czy będąc osobą w pełni sprawną potrafiłabym okazać tyle serca drugiemu człowiekowi, ile mi okazuje się każdego dnia…

Uczestniczka

 

Co roku we wakacje przy kościele pw. Św. Marcina w Odolanowie organizowane są przez kleryków kaliskiego seminarium wczasorekolekcje. Jest to nasza wspólnota  - wspólnota Ostoja Odolanów. Są one tworzone dla osób niepełnosprawnych i trwają dziesięć dni. Każdy podopieczny ma swojego opiekuna, a może nim być kto tylko zechce. Niezwykle czynny udział biorą w tym właśnie klerycy, ale także ludzie, którzy z własnej woli chcą zrobić coś dla innych. Są to niesamowite i niezapomniane chwile! Zarówno dla podopiecznych, jak ich opiekunów. Codziennie są organizowane pewne zajęcia. W pierwszy dzień przyjeżdżają sami opiekunowie i szykują miejsca do spania dla siebie i swoich podopiecznych. Wtedy sprzątamy i szykujemy materace. Choć miejsca do spania zazwyczaj jest niewiele, wcale nie odczuwa się tego tak bardzo. Liczy się to, że jesteśmy tam razem, blisko siebie i wszyscy możemy na sobie wzajemnie polegać. Wieczorem idziemy na nabożeństwo i dostajemy  tajemnicze koperty, gdzie znajdują się kartki, z których dowiadujemy się jak nazywa się podopieczny, którego otrzymamy następnego dnia. Towarzyszą przy tym niesamowite emocje! Na następny dzień przyjeżdżają nasi podopieczni. Wszyscy poznajemy i integrujemy się,  a później jest już tylko coraz lepiej. Nie ma dnia, w którym nic by się nie działo. Chodzimy na spacery, gramy  w piłkę, w karty , a także mamy różne wyjazdy. Spędzamy po prostu wspólnie czas. Czasami leniuchując i odpoczywając, rozmawiając i świetnie się bawiąc. Dla naszych podopiecznych liczy się to, że po prostu przy nich jesteśmy i z nimi rozmawiamy. W tym roku jechaliśmy na 2-dniową wycieczkę do Krakowa, gdzie zwiedziliśmy jakże przepiękne miasto, Kalwarię Zebrzydowską, a także Wadowice. Jednak głównym punktem są właśnie rekolekcje, które w to lato przeprowadzał Ks. Adam Kraska, który potrafił niezwykle umiejętnie pracować z niepełnosprawnymi i świetnie do nich docierał. Byliśmy podzieleni na grupy i każdy z nas miał pewne obowiązki. Przygotowywanie posiłków, sprzątanie łazienek, kuchni, czy toalet. W domu czasami ciężko pozmywać nam trzy talerze, a tam nie brakowało chęci i siły, by zmywać po osiemdziesięciu osobach naczynia, czy czyścić wieczorami toalety.

Ja sama spędziłam tam czas i były to momenty jedne z piękniejszych w moim życiu. Przyznam, że na początku miałam wielkie obawy. Nie wiedziałam, czy sobie poradzę. Brakowało mi pewności, że będę w stanie im pomóc i ich wspierać. Zastanawiałam się, czy nie będę miała pewnych zahamowań co do przebywania z nimi. Postanowiłam, że spróbuje. Wakacje trwają przecież dwa miesiące, więc te dziesięć dni z nich mogę poświecić komuś. Komuś, kto naprawdę mnie potrzebuje. No i pojechałam. Okazało się, że wszystkie te obawy były niepotrzebne. Zrozumiałam, że są to ludzie, którzy mają ogromną wartość. Taką samą przyjemność sprawiało mi przebywanie z nimi, jak przebywanie w gronie wszystkich moich zdrowych przyjaciół. Są niesamowitymi ludźmi, którzy zasługują na wielki podziw i szacunek. Nauczyli mnie, że nie warto przejmować się drobnostkami. Nieważne jest to, czy mamy najnowszy model telefonu, markowe ubrania, czy idealną sylwetkę. Dzięki nim wiem, że powinno się doceniać każdą nawet banalną czynność z dnia codziennego. Dziesięć dni w Odolanowie to lekcja życia. Trzeba poznać podopiecznego. Pokazać mu, że ma na kogo liczyć i ma z kim porozmawiać. Należy zdobyć jego zaufanie. Nie jest to łatwe, ale możliwe. Uczymy się tam wielkiej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Najpierw dba się o to, czy  nasz podopieczny się najadł, napił, czy wykąpał. Zawsze on stawiany jest na pierwszym miejscu, a dopiero później my.   Pokazali mi uśmiech, ogromną życzliwość i wielki entuzjazm, za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Podczas jednego dnia rekolekcji nasi podopieczni dostali za zadanie narysować swoje marzenie. Zaskoczyło mnie bardzo to, że nikt z nich nie pragnął na pierwszym miejscu tego, by wyzdrowieć. Marzyli o pięknym domu z ogrodem, o szczęśliwej i kochającej się rodzinie, czy pewności, że gdy ich rodzice nie będą w stanie, ktoś inny się nimi zaopiekuje.  Mimo tego, że zmagają się z wieloma naprawdę trudnymi rzeczami, potrafią darzyć innych uśmiechem. Takim uśmiechem, którego na swojej twarzy nie miał niejeden całkiem zdrowy bogacz. Od nich zawsze mogłam liczyć na miły gest, czy słowo. Pomogli mi doceniać życie. Doceniać to, co mam, a uświadomili, że mam naprawdę wiele. Potrzebowali naszej pomocy w najprostszych czynnościach życiowych, a niektórzy natomiast potrzebowali  tylko naszej obecności przy nich. Nawet za drobny gest potrafią być nam wdzięczni. Emanują tak wielką miłością! Niektórzy z nich nie potrafią poprawnie złożyć zdania, ale potrafią podziękować. Nawet, jeśli nie wypowiedzą słowa „dziękuję”, czuć od nich wielką wdzięczność. Czasami proste słowa jak „byłeś fajnym opiekunem”, czy to, że podejdą czasami i bez powodu Cię przytulą wywołują niesamowite emocje! Łza w oku kręciła się, gdy widziałam, jak bardzo są wdzięczni, jak bardzo doceniają to, co robię oraz, gdy po prostu czułam, że na mnie polegają.

Myślę, że mój pobyt tam pomógł nie tylko niepełnosprawnych wczasowiczom, ale także pomógł mi samej. Tak wiele mogłam się od nich nauczyć... Przez te dziesięć dni przywiązałam się do nich i zdążyłam poczuć się tam tak, jak w rodzinie. Panowała tam cudowna atmosfera. Wszyscy wzajemnie sobie pomagali i po prostu byliśmy wobec siebie życzliwi. W powietrzu czuć było po prostu miłość. Oczywiście nie było brak ciężkich chwil, podczas których czułam, że nie daje rady. Chciałam jak najszybciej opuścić to miejsce i wracać do domu. Do domu, gdzie będę mogła odpocząć i nie czekać w kolejce do kąpania. Jednak te chwile zadziwiająco szybko odchodziły. To właśnie dzięki tym wszystkim ludziom ze wspólnoty. Po takim „upadku” podnosiłam się szybko o wiele silniejsza. Miałam znowu siły i chęci do działania. Nie mogłam ich zawieść, nie chciałam. Ostatniego dnia, mimo zmęczenia, pragnęłam zostać z nimi jeszcze choć trochę. Po powrocie do domu tęskniłam za nimi i nadal tęsknie. Czas spędzony w Odolanowie zdecydowanie nie uznaję za stracony.   Nie żałuję, że pojechałam. Za rok widzę się z nimi ponownie i już nie mogę się doczekać!

Julia